Internet – druga strona medalu

Internet to potężne medium przekazu. Codziennie miliony Polaków przeglądają swoje ulubione strony, czy to z wiadomościami, czy to z kawałami.  Społeczność Internautów wielokrotnie pokazywała, że – jeżeli chce – potrafi zdziałać cuda. Nie raz i nie dwa widzieliśmy różne szlachetne akcje na Wykopie, gdzie poszukiwano dawców krwi lub zaginionych osób. W jednej chwili dziesiątki osób dowiadywały się o czymś i natychmiast przekazywały to dalej do swoich znajomych. Czy potraficie wyobraźni sobie szybszą metodę komunikacji? Niestety, Internet ma też swoją ciemną stroną – w jednej chwili może zniszczyć życie niewinnego człowieka.

Mowa tutaj o panu Januszu Ławrynowiczu. Mówi Wam coś to nazwisko? Nie sądzę, dlatego spójrzcie na poniższą fotografię.

Janusz Ławrynowicz

Teraz lepiej? Chyba każdy Internauta kojarzy tę twarz; ileż to razy widzieliśmy tego oto pana na obrazkach, których podpisy obnażały nasze typowo polskie cechy? Jak możemy przeczytać w wywiadzie Michała Marszała z tygodnika „Nie” Internet zniszczył temu człowiekowi życie.  Doprowadził do tego, że po długich latach pełnienia służby i budowania autorytetu, ludzie zwyczajnie się z niego śmieją i wytykają palcami na ulicy. Jakby tego było mało – nic z tym nie może zrobić. Dziennie w Internecie pojawia się tyle grafik wykorzystujących jego wizerunek, że nie sposób tego zwalczyć. To jak walka z wiatrakami. Nawet jeżeli uda się zmusić administratorów stron do usunięcia szkodzących mu materiałów, to następnego dnia pojawi się ich dwa razy tyle. Użytkownicy stron takich jak Demotywatory czy Kwejk, to w większości osoby w wieku gimnazjalnym. Nie zdają sobie sprawy z tego, jak bardzo szkodzą panu Januszowi. Dla nich liczy się tylko to, że dodadzą obrazek, który skomentuje 100 osób, a następne 500 doda na swój profil na Facebooku. Co tu dużo mówić – „polski Internet” nie jest zbyt inteligentny, niestety.

Wychodzę z założenia, że „co Internet spieprzył – naprawić powinien”. Wydaje mi się, że to najwyższy czas, aby dać temu człowiekowi święty spokój i przestać dodawać  internetowe memy z jego wizerunkiem. Wystarczająco dużo złego zostało wyrządzone. To dowód na to, że siła Internetu jest ogromna. Nie sposób zapanować nad treścią krążącą po stronach. Jeżeli Internauci podłapią jakiś temat, to będą go ciągnęli w nieskończoność. Pół biedy, jeżeli to nikomu nie szkodzi i wszyscy dobrze się bawią. W tym przypadku kwestia jest zupełnie inna. Internet, nie do końca świadomie, wszedł z butami w życie niewinnego człowieka i poważnie namieszał.

Na koniec tego wpisu muszę zacytować fragment wywiadu, do którego link podałem wyżej. Muszę, bo jest on po prostu wspaniały i idealnie oddaje całą sytuację:

Panie, może to i wstyd, ale internetów nigdy nie widziałem. Wnuczek mnie opowiadał, że nasz dzielnicowy robi tam za krytyka cech narodowych. A jedną z nich, może nawet najpierwszą, jest zamiłowanie do niszczenia człowieka. Niech więc te wszystkie mądre komputery wezmą i po chrześcijańsku się odpierdolą!

Nic dodać, nic ująć.

Poznajmy się… przez Internet!

Internet zdecydowania ułatwia życie. Możemy kupić ulubione buty, poczytać o interesujących nas rzeczach i zapłacić rachunki, a to wszystko bez wychodzenia z domu. Jakby tego było mało, siedząc wygodnie w fotelu, możemy poznawać nowych ludzi, nawiązywać znajomości, czy szukać swojej drugiej połówki. Czytelnicy z dłuższym stażem pamiętają jeszcze mój tekst z z IT-Bloga, w którym – przy okazji opisywania czatów – rozwodziłem się trochę nad internetowymi znajomościami. Gdyby ktoś chciał się z tym wpisem zapoznać, to znajduje się on tutaj.

Od czasu opublikowania tamtej notki minęło sporo czasu a  moje poglądy trochę się zmieniły. Nie, nie znalazłem e-miłości, ale odkryłem, że Internet to całkiem ciekawe miejsce do nawiązywania znajomości, szczególnie dla ludzi tak leniwych i wybrednych jak ja.

Dlaczego?

Po pierwsze, Internet daje pełną swobodę. Mogę pisać z kimś tydzień lub miesiąc, a następnie zerwać kontakt bez ostrzeżenia i nie poniosę z tego tytułu żadnych konsekwencji, mało tego – nie będę narażony na wizytę ze strony odrzuconego znajomego. Może to trochę brutalne, ale taka jest prawda. Zawsze irytowało mnie, kiedy ktoś naprzykrzał mi się po tym, jak kazałem mu spadać. W Internecie jestem w stanie go uciszyć za pomocą dwóch kliknięć. Wygodne, prawda?

Po drugie – mogę kogoś poznać i upewnić się, czy nie zmarnuję czasu umawiając się z nim w realnym świecie.  Niejednokrotnie bywało tak, że poznając osobę w realu potrzebowałem dwóch, czy trzech spotkań, żeby stwierdzić, że jest beznadziejna lub że zwyczajnie nie ma w niej nic ciekawego. W ten oto sposób traciłem tylko czas i dodatkowo wysłuchiwałem żali, że chcę zerwać kontakt (patrz akapit wyżej). W Internecie działa to o wiele przyjemniej. Co prawda i tak spędzam czas rozmawiając z tą osobą, ale w tym samym momencie mogę też robić kilka innych rzeczy, co w ogólnym rozrachunku sprawia, że spędzam te parę godzin pożytecznie, nawet jeżeli uznam, że mój rozmówca był do niczego.

Po trzecie, Internet sprawia, że ludzie są bardziej otwarci, bo przed monitorem mają poczucie względnego bezpieczeństwa. Czyni to doskonały wstęp do spotkania w realu dla osób, które są bardzo nieśmiałe. Osobiście nie należę do takich, ale zdaję sobie sprawę, że mój rozmówca niekoniecznie musi być przebojowy. Jemu jest łatwiej, a ja dzięki temu dowiaduję się więcej niż podczas rozmowy w cztery oczy. Po raz kolejny oszczędzam swój czas, bo przez jeden dzień dowiaduję się tyle, co przez trzy spotkania na żywo.

Jak więc widzicie internetowe znajomości mają swoje duże plusy, ale nie należy popadać w zbytni zachwyt. Nadal, jeżeli miałbym wybierać, wolałbym poznawać kogoś w realu, bo mimo wszystko wydaje mi się to „bezpieczniejsze”. W Internecie istnieje pewne ryzyko, że osoba, z którą rozmawiam wcale nie jest taka za jaką się podaje. Co prawda z reguły spotkanie weryfikuje wszystko, co zostało w sieci powiedziane, co nie zmienia faktu, że nie jest miło odkryć, że nasz rozmówca, to zwyczajny oszust i kłamca.

Ponadto uważam, że przez Internet nie można się poznać w pełni. Nawet jeżeli rozmawiam z kimś pół roku, znam jego poglądy, przyzwyczajenia, rzeczy, które lubi i te, których nienawidzi, to mimo wszystko nie znam go w pełni. Można to porównać do układania puzzli, teoretycznie obrazek składający się z wyglądu i charakteru jest cały, jednak brakuje tego najważniejszego kawałka – osobowości. Bo nieważne, czy wiem o kimś wiele, to i tak przez Internet nie będę w stanie odnaleźć tego brakującego fragmentu układanki.

A jaką wy macie opinię na temat internetowych znajomości?