Ostatnie cztery lata – podsumowanie!

W końcu wolne! Teoretycznie obijam się już od maja, jednak dopiero teraz – po wynikach matur – zaczynam doświadczać tej wolności i radości z ukończenia szkoły. Jest to czas, kiedy mogę być z siebie dumny. Jakby nie patrzeć, mnie – humaniście -udało się ukończyć typowo techniczną szkołę na profilu technik informatyk. Cztery lata temu, po zakończeniu pierwszego semestru, chciałem zabierać swoje papiery i iść w cholerę, byle dalej od tej szkoły. Na szczęście w porę znalazły się osoby, które miały więcej oleju w głowie ode mnie i namówiły mnie abym został i dotrwał przynajmniej do końca roku. I w takim oto sposób z sześciu miesięcy wyszły cztery lata. Cztery trudne lata. Nie zawsze było miło, łatwo i przyjemnie. Zdarzały się chwile, kiedy poważnie zaczynałem wątpić w to, że pójście do technikum było dobrym pomysłem. Jakby nie patrzeć, wszyscy powtarzali mi, że jestem humanistą i moje miejsce jest w liceum. I wiecie co? Mieli rację. Gdyby znowu przyszło mi wybierać, to bez namysłu wybrałbym liceum. No, ale stało się. Czasu nie cofnę, zresztą i po co? Udało mi się i udowodniłem, że nawet ktoś taki jak ja może dać radę, jeżeli się postara.

Cztery lata technikum udowodniły mi, że twierdzenie „nie daję sobie rady, bo jestem głupi/nie jestem dobry z przedmiotu X” to zwykła bzdura. Byłem chyba jedyną osobą, która przyszła z gimnazjum do klasy informatycznej z dwójką z matematyki. Początkowo twierdziłem właśnie tak, jak napisałem wyżej. Z czasem jednak ogarnąłem się i zacząłem zapieprzać jak dziki osioł ucząc się matematyki w szkole, jak i w domu, gdzie miałem korepetycje. No i opłaciło się, ani razu nie miałem poprawki z matematyki, a maturę zdałem na 70%. Tak samo jest ze wszystkim.  Człowiek nie musi być geniuszem, żeby utrzymać się w szkole i zdawać egzaminy. Wystarczy, że trochę się przyłożony. Impossible is nothing – to kolejna rzecz, której nauczyła mnie moja szkoła.

Generalnie rzecz biorąc, nie mogę narzekać na moją szkołę.  Nie licząc kilku nauczycieli, kadrę pedagogiczną mieliśmy dobrą, zdołali nauczyć nas tego, co umieć powinniśmy. Właściwie nie ma takiego nauczyciela, którego wspominałbym wyjątkowe źle, a wielu jest takich, których wspominam bardzo dobrze. Pewne jest na przykład to, że lekcji multimediów i grafiki nie zapomnę jeszcze długo, a najdłuższy na świecie wykład o płycie CD zapadnie mi w pamięci do końca życia. 😉 Zapamiętam też bicie rekordów Helikopterem na oprogramowaniu biurowym i granie w Lord of Ultima na specjalizacji. Zabawny fakt – po zakończeniu roku szkolnego LoU już nie dawało mi tyle przyjemności i przestałem grać. Rozwijanie swojego imperium poza salą od specjalizacji nie było już tym samym… 😦

Nie sposób też nie wspomnieć o ludziach z 4Ti.  Co by nie mówić – jesteście najlepsi. Zapewne byłoby mi trudniej przetrwać w tej szkole gdyby nie Wy. No i te hektolitry piwa… tego też nie zapomnę. Nawet gdybym chciał, to bym nie mógł; w końcu te dodatkowe 30~ kilogramów nie wzięło się z niczego. 😀 Nie wiem ile osób z mojej byłej klasy to przeczyta, jednak chciałem Wam wszystkim podziękować za ostatnie cztery lata! Jesteście, byliście i będziecie najlepsi! 4Ti FTW!

Reklamy

Focus Writer – skup się na pisaniu!

Ten wpis będzie bardzo krótki i będzie służył reklamie… edytora tekstu. Nie wiem jak wy, ale ja czasami mam problemy ze skupieniem się i w takich momentach interesuje mnie dosłownie wszystko, tylko nie mój tekst. Atrakcyjne wydają mi się nawet paski narzędzi w Wordzie lub aktualne otwarte aplikacje. Focus Writer doskonale radzi sobie z tym problemem. Jest to pełnoekranowy edytor, na którym «dosłownie» nie ma nic. Jest tylko pusta przestrzeń i tekst, który aktualnie piszesz.

Jeżeli chodzi o możliwości tego programu, to są one dosyć szerokie, jak na taki minimalistyczny edytor. Jest tutaj sprawdzanie pisowni, wybór różnych rodzajów cudzysłowów, dzienne limity, odliczanie oraz podstawowe narzędzia do formatowania tekstu. Ponadto, podczas pisania, towarzyszy nam relaksujący dźwięk maszyny do pisania. Na mnie działa to świetnie, może i wam się spodoba. 🙂

Pobierz program

Podsumowanie 2010 roku

Rok się kończy, nadszedł czas podsumowania. Jak co roku, przez te kilka ostatnich dni, staram się zebrać wszystko do kupy i w pewien spsoób ocenić mijający rok. Jaki był 2010? Na pewno dosyć interesujący, barwny i zawierający kilka gwałtownych zwrotów akcji, które niosły ze sobą lepsze, bądź gorsze wydarzenia.

Od czego by tu zacząć? Wypadałoby chyba od tego, co wszyscy macie okazję oglądać – BezSciemy.eu. Nowe forum, nowi (no, może nie do końca!) ludzie, nowe doświadczenia.  Prowadzenie tego forum pomogło mi zrozumieć, że niestety na wszystko trzeba zdrowo zapieprzać, a i tak nie zawsze będzie to gwarancją sukcesu. BezSciemy to sytuacja zupełnie inna niż Botting. Kiedy wchodziłem do bottingowego teamu, forum już doskonale prosperowało, a i kadra była już właściwie skompletowana (co wcale nie znaczy, że była dobra). BŚ było inne, wszystko zaczynałem od zera i tym razem to ja musiałem spędzić dziesiątki godzin na przygotowywaniu i pilnowaniu wszystkiego. Jak na razie wszystko idzie w miarę dobrze, chociaż przebicie się do ludzi z forum wielotematycznym jest bardzo trudne, głównie ze względu na dosyć silną konkurencję. Niemniej jednak, idziemy do przodu i tak łatwo się nie poddamy!

Skoro mowa już o forach – Botting. Smutne pożegnanie nastąpiło w 2010 roku. Botting został sprzedany i teraz mamy okazję patrzeć jak powolutku umiera. Nie ukrywam, że decyzja o sprzedaży przyszła nam wyjątkowo trudno i każdy z nas czuł, że pozbywamy się jakiejś cząstki nas samych. Jakby nie patrzeć – były to wspaniałe trzy lata, które również nauczyły mnie wiele o prowadzeniu i zarządzaniu tak dużym forum, jakim był Botting.

Idąc dalej – szkoła. Tutaj rok całkiem spokojny, pozbawiony większych emocji. Nie było zagrożeń, nie było strachu i na całe szczęście jestem już w czwartej klasie. No własnie – czwarta klasa; strasznie szybko leci ten czas, prawda? Pamiętam, kiedy zaczynałem naukę i jarałem się informatyką. Teraz kończę tę szkołę i mój zapał do informatyki jakoś tak wygasł. Może to wina szkoły a może po prostu to ja zrozumiałem, że to chyba nie do końca to, czym chciałbym zajmować się w życiu. Przede mną już tylko matura i egzamin zawodowy. Spokojnie mogę powiedzieć, że jestem już na ostatniej prostej, więc czas się sprężyć i ruszyć w końcu tyłek.

Jeżeli chodzi o sprawy prywatne, to rok też całkiem udany. Kilka znajomości się zakończyło z mniejszym bądź większym hukiem, ale pojawiły się także nowe osoby. Na chwilę obecną nie widzę sensu w rozmyślaniu czy wszystko musiało się potoczyć tak, jak się potoczyło, czy może mogłem rozegrać kilka spraw inaczej. Trudno, stało się. Trzeba nadal iść do przodu, nawet jeżeli poniosło się jakieś straty. Znane powiedzenie mówi, że „co cię nie zabije, to cię wzmocni”, zobaczymy!

Idzie rok 2011. Na pewno będzie to rok ciężkiej pracy, tak w Internecie jak i w realu. Na pewno nie planuję rezygnować z BezSciemy.eu, bo czuję, że pomimo tej ogromnej konkurencji, jesteśmy w stanie się wybić. Po prostu musi się udać. Jestem to winien sobie i kilku osobom, które też w to wierzą. To własnie Wy mnie motywujecie mówiąc, że wszystko będzie w porządku i damy radę. Dzięki!

W szkole też czeka mnie cięzki rok. Trzeba jakoś zdać maturę i egzamin zawodowy. Co potem? Jeszcze nie wiem; albo studia, albo praca. Na razie niespecjalnie o tym myślę, mam jeszcze trochę czasu.

A prywatnie? Tutaj nie mam planów. Życie lubi zaskakiwać, mam nadzieję, że tym razem zaskoczy mnie pozytywnie.  😉

Na koniec pragnę złożyć wszystkim najlepsze i najserdeczniejsze życzenia z okazji Świąt oraz nadchodzącego Nowego Roku. Trzymajcie się i nie „zmęczcie” się zbytnio świętując w Sylwestra!

‚Fejsbukowa’ inicjatywa przeciwko ‚mordercom’

O całej sprawie dowiedziałem się dzięki zaproszeniu do wzięcia udziału w wydarzeniu na Facebooku. Chodzi tutaj o trzech gości, którzy w „bestialski sposób zabili psa”. Jakieś pomysłowe i ambitne panie z forum serwisu Wizaz.pl doszły do wniosku, że poprzez petycję pokażą „władzy sądowniczej, że społeczeństwo oczekuje od nich jak najsurowszego traktowania takich zwyrodnialców”. W rzeczywistości pokazały tylko głupotę i chamstwo swoich zwolenników.

Najzabawniejsze podczas czytania tych wszystkich komentarzy jest to, że ludzie w pierwszej linijce swoich komentarzy litują się i żałują biednego pieska, a w drugiej sami zamieniają się w „oprawców” pisząc głupoty w stylu „ząb za ząb” czy „zabić skurwysynów”.  Oto kilka „ciekawszych” komentarzy:

to moze zorganizujemy jakas wycieczke do miejscowosci tych debili i sami wymierzymy im kare 😉 Jak bedzie tylu ludzi to chyba nie wpakuja nas wszystkich do pierdla. Glowe bym urwala a potem bym ja przymocowala znowu i znowu ja urwala uh chce mi sie krzyczec.

~~

do piachu z nimi

~~

Pójdziemy do lasu koleżko! ja Ty i rydel, wrócę ja i rydel… bydle na szafot, publicznie zerwać skalp i polewać sokiem z cytryny

~~

wywieźć na Sybir w samych galotach, niech skur****** zamarzną

~~

mój tato mawia, że do lochów powinno się takich zamykać, a ja dodam- przykuwać łańcuchami do ściany !!

 

Przyrównywanie wartości życia człowieka do wartości życia zwierzęcia jest bez sensu. Wiadomo, że zwierzęta są „pod nami”, więc żądanie kary śmierci wydaje mi się wyjątkowo absurdalne. Nawoływanie do skazania ich na dożywocie? Super! Płaćmy na nich a oni niech siedzą w ciepełku, trenują na siłowni i oglądają filmy. Świetny pomysł.

Nie pochwalam tego, co zrobili, jednak nie uważam, żeby karanie ich więzieniem było dobrym pomysłem. W zakładzie karnym przejdą wspaniały proces „resocjalizacji” i jak wyjdą, to w pierwszej kolejności przypną do samochodu, którąś z autorek tej – jakże ambitnej – akcji.

W tej sytuacji najlepiej byłoby zarządzić jakąś wysoką karę grzywny lub sporą ilość godzin prac społecznych. Byłoby to na pewno bardziej dotkliwe dla nich niż wakacje w więzieniu.  Dodatkowo mielibyśmy z tego jakiś pożytek.

A co wy o tym myślicie?

Pieniądze od „Pana Boga”

Zaskoczeni lokatorzy mieszkań socjalnych w Saint-Pierre-sur-Dives w Normandii od kilku dni dostają anonimowe listy z pieniędzmi – podpisane „od Pana Boga”. W każdej kopercie znajduje się kilkadziesiąt euro. Tajemnicę niecodziennych przesyłek, którym towarzyszą kartki z tekstami modlitw, wyjaśniła miejscowa policja.

Wielu zaskoczonych adresatów myślało, że chodzi o bliżej nieokreślona kampanie reklamowa, a banknoty są fałszywe. Inni podejrzewali, że ktoś przysyła im kradzione pieniądze. Niektórzy zgłosili się nawet z tymi listami na policje, by – jak wyjaśnili – uniknąć nieprzewidzianych problemów.

Funkcjonariusze przeprowadzili dochodzenie. Okazało się, że pieniądze rozsyła ubogim mieszkańcom Saint-Pierre-sur-Dives mieszkająca tam emerytka-altruistka. Dobroduszna starsza pani wyjaśniła, że nie jest milionerką, ale postanowiła rozdać oszczędności całego swojego życia – w sumie 20 tysięcy euro – potrzebującym pomocy rodzinom, bo chce postępować zgodnie z przykazaniem „Kochaj bliźniego swego, jak siebie samego”.

Źródło: RMF24

Jak widać osoby wierzące to nie tylko porąbani „obrońcy krzyża”. Inicjatywa tej staruszki jest godna podziwu, niezależnie od tego, czy jest wierząca, czy nie, jednakże ten artykuł pokazuje coś jeszcze. A mianowicie – można interpretować religię w dobry, niefanatyczny sposób. Gdyby wszyscy katolicy zachowywali się w podobny sposób, to myślę, że ateizacja społeczeństwa postępowałaby trochę wolniej.

Tak, czy inaczej – brawa dla starszej pani!

Poznajmy się… przez Internet!

Internet zdecydowania ułatwia życie. Możemy kupić ulubione buty, poczytać o interesujących nas rzeczach i zapłacić rachunki, a to wszystko bez wychodzenia z domu. Jakby tego było mało, siedząc wygodnie w fotelu, możemy poznawać nowych ludzi, nawiązywać znajomości, czy szukać swojej drugiej połówki. Czytelnicy z dłuższym stażem pamiętają jeszcze mój tekst z z IT-Bloga, w którym – przy okazji opisywania czatów – rozwodziłem się trochę nad internetowymi znajomościami. Gdyby ktoś chciał się z tym wpisem zapoznać, to znajduje się on tutaj.

Od czasu opublikowania tamtej notki minęło sporo czasu a  moje poglądy trochę się zmieniły. Nie, nie znalazłem e-miłości, ale odkryłem, że Internet to całkiem ciekawe miejsce do nawiązywania znajomości, szczególnie dla ludzi tak leniwych i wybrednych jak ja.

Dlaczego?

Po pierwsze, Internet daje pełną swobodę. Mogę pisać z kimś tydzień lub miesiąc, a następnie zerwać kontakt bez ostrzeżenia i nie poniosę z tego tytułu żadnych konsekwencji, mało tego – nie będę narażony na wizytę ze strony odrzuconego znajomego. Może to trochę brutalne, ale taka jest prawda. Zawsze irytowało mnie, kiedy ktoś naprzykrzał mi się po tym, jak kazałem mu spadać. W Internecie jestem w stanie go uciszyć za pomocą dwóch kliknięć. Wygodne, prawda?

Po drugie – mogę kogoś poznać i upewnić się, czy nie zmarnuję czasu umawiając się z nim w realnym świecie.  Niejednokrotnie bywało tak, że poznając osobę w realu potrzebowałem dwóch, czy trzech spotkań, żeby stwierdzić, że jest beznadziejna lub że zwyczajnie nie ma w niej nic ciekawego. W ten oto sposób traciłem tylko czas i dodatkowo wysłuchiwałem żali, że chcę zerwać kontakt (patrz akapit wyżej). W Internecie działa to o wiele przyjemniej. Co prawda i tak spędzam czas rozmawiając z tą osobą, ale w tym samym momencie mogę też robić kilka innych rzeczy, co w ogólnym rozrachunku sprawia, że spędzam te parę godzin pożytecznie, nawet jeżeli uznam, że mój rozmówca był do niczego.

Po trzecie, Internet sprawia, że ludzie są bardziej otwarci, bo przed monitorem mają poczucie względnego bezpieczeństwa. Czyni to doskonały wstęp do spotkania w realu dla osób, które są bardzo nieśmiałe. Osobiście nie należę do takich, ale zdaję sobie sprawę, że mój rozmówca niekoniecznie musi być przebojowy. Jemu jest łatwiej, a ja dzięki temu dowiaduję się więcej niż podczas rozmowy w cztery oczy. Po raz kolejny oszczędzam swój czas, bo przez jeden dzień dowiaduję się tyle, co przez trzy spotkania na żywo.

Jak więc widzicie internetowe znajomości mają swoje duże plusy, ale nie należy popadać w zbytni zachwyt. Nadal, jeżeli miałbym wybierać, wolałbym poznawać kogoś w realu, bo mimo wszystko wydaje mi się to „bezpieczniejsze”. W Internecie istnieje pewne ryzyko, że osoba, z którą rozmawiam wcale nie jest taka za jaką się podaje. Co prawda z reguły spotkanie weryfikuje wszystko, co zostało w sieci powiedziane, co nie zmienia faktu, że nie jest miło odkryć, że nasz rozmówca, to zwyczajny oszust i kłamca.

Ponadto uważam, że przez Internet nie można się poznać w pełni. Nawet jeżeli rozmawiam z kimś pół roku, znam jego poglądy, przyzwyczajenia, rzeczy, które lubi i te, których nienawidzi, to mimo wszystko nie znam go w pełni. Można to porównać do układania puzzli, teoretycznie obrazek składający się z wyglądu i charakteru jest cały, jednak brakuje tego najważniejszego kawałka – osobowości. Bo nieważne, czy wiem o kimś wiele, to i tak przez Internet nie będę w stanie odnaleźć tego brakującego fragmentu układanki.

A jaką wy macie opinię na temat internetowych znajomości?