Poznajmy się… przez Internet!

Internet zdecydowania ułatwia życie. Możemy kupić ulubione buty, poczytać o interesujących nas rzeczach i zapłacić rachunki, a to wszystko bez wychodzenia z domu. Jakby tego było mało, siedząc wygodnie w fotelu, możemy poznawać nowych ludzi, nawiązywać znajomości, czy szukać swojej drugiej połówki. Czytelnicy z dłuższym stażem pamiętają jeszcze mój tekst z z IT-Bloga, w którym – przy okazji opisywania czatów – rozwodziłem się trochę nad internetowymi znajomościami. Gdyby ktoś chciał się z tym wpisem zapoznać, to znajduje się on tutaj.

Od czasu opublikowania tamtej notki minęło sporo czasu a  moje poglądy trochę się zmieniły. Nie, nie znalazłem e-miłości, ale odkryłem, że Internet to całkiem ciekawe miejsce do nawiązywania znajomości, szczególnie dla ludzi tak leniwych i wybrednych jak ja.

Dlaczego?

Po pierwsze, Internet daje pełną swobodę. Mogę pisać z kimś tydzień lub miesiąc, a następnie zerwać kontakt bez ostrzeżenia i nie poniosę z tego tytułu żadnych konsekwencji, mało tego – nie będę narażony na wizytę ze strony odrzuconego znajomego. Może to trochę brutalne, ale taka jest prawda. Zawsze irytowało mnie, kiedy ktoś naprzykrzał mi się po tym, jak kazałem mu spadać. W Internecie jestem w stanie go uciszyć za pomocą dwóch kliknięć. Wygodne, prawda?

Po drugie – mogę kogoś poznać i upewnić się, czy nie zmarnuję czasu umawiając się z nim w realnym świecie.  Niejednokrotnie bywało tak, że poznając osobę w realu potrzebowałem dwóch, czy trzech spotkań, żeby stwierdzić, że jest beznadziejna lub że zwyczajnie nie ma w niej nic ciekawego. W ten oto sposób traciłem tylko czas i dodatkowo wysłuchiwałem żali, że chcę zerwać kontakt (patrz akapit wyżej). W Internecie działa to o wiele przyjemniej. Co prawda i tak spędzam czas rozmawiając z tą osobą, ale w tym samym momencie mogę też robić kilka innych rzeczy, co w ogólnym rozrachunku sprawia, że spędzam te parę godzin pożytecznie, nawet jeżeli uznam, że mój rozmówca był do niczego.

Po trzecie, Internet sprawia, że ludzie są bardziej otwarci, bo przed monitorem mają poczucie względnego bezpieczeństwa. Czyni to doskonały wstęp do spotkania w realu dla osób, które są bardzo nieśmiałe. Osobiście nie należę do takich, ale zdaję sobie sprawę, że mój rozmówca niekoniecznie musi być przebojowy. Jemu jest łatwiej, a ja dzięki temu dowiaduję się więcej niż podczas rozmowy w cztery oczy. Po raz kolejny oszczędzam swój czas, bo przez jeden dzień dowiaduję się tyle, co przez trzy spotkania na żywo.

Jak więc widzicie internetowe znajomości mają swoje duże plusy, ale nie należy popadać w zbytni zachwyt. Nadal, jeżeli miałbym wybierać, wolałbym poznawać kogoś w realu, bo mimo wszystko wydaje mi się to „bezpieczniejsze”. W Internecie istnieje pewne ryzyko, że osoba, z którą rozmawiam wcale nie jest taka za jaką się podaje. Co prawda z reguły spotkanie weryfikuje wszystko, co zostało w sieci powiedziane, co nie zmienia faktu, że nie jest miło odkryć, że nasz rozmówca, to zwyczajny oszust i kłamca.

Ponadto uważam, że przez Internet nie można się poznać w pełni. Nawet jeżeli rozmawiam z kimś pół roku, znam jego poglądy, przyzwyczajenia, rzeczy, które lubi i te, których nienawidzi, to mimo wszystko nie znam go w pełni. Można to porównać do układania puzzli, teoretycznie obrazek składający się z wyglądu i charakteru jest cały, jednak brakuje tego najważniejszego kawałka – osobowości. Bo nieważne, czy wiem o kimś wiele, to i tak przez Internet nie będę w stanie odnaleźć tego brakującego fragmentu układanki.

A jaką wy macie opinię na temat internetowych znajomości?

Po co człowiekowi potrzebna jest religia?

Życie potrafi zaskakiwać, szczególnie mnie. Nigdy bym się nie spodziewał, że znajdę inspirację do kolejnego wpisu wracając… z górskiego szlaku. Żeby było zabawniej, tematem dzisiejszej notki będzie – po raz kolejny – religia, choć tym razem bardziej filozoficznie. Wszystkich naburmuszonych po ostatniej notce katolików informuję wszem i wobec, że tym razem nie tylko wam się „dostanie”.

No, ale od czego się zaczęło?

***

Wracając ze szlaku ujrzałem w oddali podejrzanie wyglądającą grupę wiekowych osobników płci żeńskiej, które szeptały coś chórem. Po krótkiej chwili zrozumiałem, że nie jest to grupa raperów na wakacjach i że wcale nie jest to żaden występ. Postanowiłem więc wsłuchać się w treść ich szeptów i jak się okazało nie były także Czarodziejkami z Księżyca, chociaż głupi wyraz ich twarzy mówił zupełnie, co innego. Około piętnastoosobowa grupa okazała się być zbieraniną pobożnych chrześcijanek, które postanowiły umilić sobie drogę pod górę odmawiając „zdrowaśki” i inne katolickie zaklęcia. Jakby tego było mało, każdemu na swojej drodze rzucały radosne „niech będzie pochwalony!”. Jako że nie miałem żadnej drogi ucieczki i na mnie przyszła kolej, jednak zaskoczyłem panie odpowiadając im uprzejmie „dzień dobry”. Ziemia zadrżała, ognista błyskawica przecięła niebo, a spojrzenie jakże uroczych dobrych chrześcijanek omal mnie nie zabiło. Przez sekundę miałem wrażenie, że jedna z nich zaraz poddusi mnie swoim różańcem, tłumacząc z diabelskim uśmiechem na twarzy, że nie w taki sposób odpowiada się na ten rodzaj powitania. Na szczęście obyło się bez przemocy, a mój brak taktu i szacunku do religii uszedł mi płazem. Jakaż to była ulga!

Wlokąc się z powrotem do ośrodka zacząłem jednak mimowolnie wracać do tego wydarzenia i nasunęło mi się pytanie – po co komu religia? Ani to fajne, ani ciekawe, a i do wygody życia w sposób z tym zgodny daleko. Nie ma z wiary żadnych realnych korzyści, a „dobrobyt” w życiu po śmierci brzmi co najmniej tak prawdziwie, jak zapewnienia naszych kopaczy, że nie będą śmieciami na nadchodzących mistrzostwach Europy.

W akcie desperacji postanowiłem odwołać się do Internetu, gdzie zawsze znajdzie się coś, co mnie zainteresuje. Przeglądając różne strony natknąłem się na kilka popularnych powodów, dla których religia jest ludziom potrzebna. Poniżej zostaną one zamieszczone i odpowiednio skomentowane.

Religia pomaga ludziom przetrwać ciężkie chwile.

Jakby nie patrzeć jest to prawda, jednak ja osobiście nie jestem przekonany, że jest to zjawisko dobre i pożądane. Kiedy dzieje się coś złego w naszym życiu, to w pierwszej kolejności powinniśmy szukać wsparcia w rodzinie i przyjaciołach, a nie mieszać do tego jakąś wszechmogącą istotę. Kiedy ktoś umiera, to poprawną odpowiedzią nie jest „odszedł, bo Bóg tak chciał”, tylko „odszedł, bo takie jest życie i właśnie tak działają prawa natury”. Naprawdę tym światem nie kieruje jakiś root, który usuwa konta swoim użytkownikom, bo taka jest jego wola.

Wydaje mi się, że w głównej mierze taka wiara cechuje ludzi słabych, którzy nie są w stanie dać sobie rady z tego typu problemami, a wsparcie bliskich jest dla nich niewystarczające. W takiej sytuacji proponuję jednak udać się do specjalisty, a nie do kościoła.

Religia pomaga wyjaśnić rzeczy niewyjaśnione.

Tutaj z kolei zbliżamy się do stereotypu, że ludzie wierzący to jeden wielki ciemnogród. Jak w każdym stereotypie, tak i w tym jest jakieś ziarnko prawdy. Czy naprawdę osoba wykształcona jest w stanie uwierzyć, że kobieta zrodziła się z żebra mężczyzny, a potem została wyrzucona z raju za zjedzenie jabłka? Czy naprawdę ktoś, kto ma mózg na swoim miejscu jest w stanie głosić, że jakaś istota wszechmogąca stworzyła świat w siedem dni? Nie sądzę. Nawet dla dziecka brzmi to niczym fabuła jednej z durnych bajek, które ogląda codziennie rano. Co ciekawe, motyw „zabili go i uciekł” też się przewija. Tak, mowa tutaj o zmartwychwstaniu Chrystusa. Równie dobrze mogli napisać, że ożywiono go za pomocą Smoczych Kul, których po całej galaktyce szukał Mojżesz, a na sam koniec mieszkańcy jego planety oddali mu trochę swojej energii żeby mógł powstrzymać najsilniejszego bossa w tej bajce – Szatana. Ciekawe, czy gdybym spisał to 2000 lat temu, to dzisiaj ludzie uważaliby to za święte słowa?

Ludzie wierzą ze strachu przed tym, że po śmierci czeka ich coś niemiłego.

Cóż, na pewno. Rozkładania się w glebie razem z sympatycznymi robalami nie zaliczyłbym do rozrywek miłych, jednak niezależnie od tego, czy wierzę, czy nie, to mój los będzie taki sam. Co prawda podobno moja dusza znajdzie zbawienie, jeżeli tylko będę grzecznym chłopcem przez całe życie i wyklepię odpowiednio dużo paciorów. Spare me, my beloved God!

Z drugiej strony jest też wiara w reinkarnację. Całkiem super mieć przed sobą perspektywę, że jeżeli będę idealny w tym życiu, to w następnym będę overlordem. Gorzej jeżeli coś napsocę – wtedy zostanę yorkiem jakiegoś zapijaczonego, obleśnego spaślaka, który będzie sobie przypominał o karmieniu mnie raz na trzy dni.

Religia pokazuje jak żyć. Jest swoistym przewodnikiem przez żywot człowieka.

Szkoda tylko, że pisanym przez kiepskich i mało rozrywkowych pisarzy. A tak całkiem poważnie – to znowu prawda. Wiele osób nie ma pomysłu na siebie. Życiowe ofermy czekające aż ktoś przeprowadzi je przez życie na tym świecie. Jedni wybierają mamę i tatę, drudzy – Boga. I o ile ci pierwsi mają jeszcze szansę na coś miłego, tak ci drudzy mają raczej przerąbane.

O ile łatwiej jest podążać szlakiem wytyczonym przez religię niż ruszyć głową i zastanowić się nad samym sobą! Lepiej być posłuszną owieczką lub innym jedzonkiem niż samemu decydować o własnym życiu!

Nie, dzięki. To nie dla mnie. Wolę samemu przeżyć własne życie, w końcu mam tylko jedno. Jakoś nie widzi mi się dedykowanie go religii.

***

To byłoby z grubsza na tyle. Jest jeszcze wiele powodów dla których ludzie decydują się wyznawać jakąś religię, jednakże te wydają mi się najważniejsze. Jeżeli mam być szczery, to żaden z nich mnie nie przekonuje. Ja zawsze ceniłem sobie wolność, a religia takową w mniejszym lub większym stopniu ogranicza. Na niekorzyść religii przemawia też fakt, że nie jestem w stanie uwierzyć w coś, czego nie widzę. Nie wierzę w duchy, wampiry, wilkołaki, ufoludki, więc czemu miałbym wierzyć w jakiegoś wszechmogącego boga?

Na zakończenie pytanie do osób, które są wierzące lub kiedyś wierzyły – do czego potrzebna jest człowiekowi religia?

Brońmy krzyża! To najwyższa świętość!

Kiedy 10 kwietnia prezydencki Tupolew rozbił się w okolicach Smoleńska niemal cała Polska pogrążyła się w żałobie i momentalnie staliśmy się społeczeństwem zjednoczonym w bólu po stracie idealnego prezydenta, który podczas swojej kadencji zrobił wiele dobrego i nie popełnił żadnych błędów. Setki tysięcy ludzi paliło pod Pałacem Prezydenckim znicze na znak solidarności z rodzinami ofiar, które z dnia na dzień straciły swoich najbliższych. W tym jakże wyjątkowym, pełnym zadumy czasie doszukiwano się okazji na zakończenie wszelkich sporów i wojen politycznych, jednocześnie licząc, że od tej pory życie polityczne stanie się sielanką a członkowie wszystkich ugrupowań politycznych zadeklarują chęć (obowiązek?) kontynuowania woli zmarłego prezydenta. Wizja ta budziła we mnie spory podziw dla ludzi, którzy naprawdę w to wierzyli i liczyli, że wszystko ułoży się dobrze.

Pierwszego kopniaka w tyłek dostali w momencie, kiedy zadecydowano, że prezydent wraz z małżonką zostanie pochowany na Wawelu. Pomimo że od wielkiej katastrofy nie minęło wiele czasu, to pierwsze sprzeczki zaczęły mieć miejsce, a tym samym naiwna wizja przyszłości zaczęła się rozpadać niczym domek z kart pod wpływem podmuchu wiatru.

Nadszedł czas kampanii prezydenckiej…

***

Jarek, tak samo jak chwilę wcześniej Polacy, przeszedł metamorfozę! Jego wypowiedzi stały się wyważone, wręcz łagodne. On sam przestał pluć jadem na prawo i lewo, złagodniał w stosunku do SLD, a nawet szanował Gierka! Kto by pomyślał jak bardzo człowiek zmienia się w obliczu wyborów… miało być – tragedii. Nasza naiwna, ciemna masa uwierzyła w nowe oblicze Jarka i tłumnie głosowała na niego w wyborach. Całe szczęście, że kampania trwała tak krótko, bo gdyby potrwała dłużej, moglibyśmy wczytać sobie backup zmarłego prezydenta, mówiąc jaśniej – jego klon.

***

W tym samym czasie w okolicach Pałacu Prezydenckiego stał sobie krzyż. Zwykły, zwyczajny. Od całkowitej „zwyczajności” dzieliły go dwie rzeczy – miejsce, w którym był i cel do jakiego już niebawem miał być użyty. Otóż, moi drodzy, krzyż przestał być już znakiem Chrystusa, bo jak się okazało, w dzisiejszych czasach o wiele lepiej nadaje się do politycznych gierek i zadowalania ultrakatolików, zwanych dalej – po prostu – idiotami. Zwykły krzyż, ustawiony w niezwykłym miejscu wywołał niezwykłe poruszenie za sprawą (delikatnie mówiąc) niezwykłych ludzi.

Do tej pory byłem przekonany, że miejscem symboli religijnych jest świątynia kultu, w tym konkretnym przypadku – kościół. Od samego początku ten nieszczęsny krzyż nie powinien znaleźć się pod Pałacem Prezydenckim, bo – prócz tego, że stoi tam nie do końca legalnie – to może godzić w uczucia osób o innym wyznaniu lub ateistów. Sam, jako osoba niewierząca, mam gdzieś, że postawiono go właśnie tam, ale już mniej mi się podoba „wojna o krzyż” mająca aktualnie miejsce.

Nie zgadzam się, żeby banda idiotów robiła z Polski pośmiewisko na arenie międzynarodowej.

Nie zgadzam się, żeby banda idiotów łamała prawo i pozostawała bezkarna.

Nie zgadzam się, żeby władza pozostawała bezczynna wobec bandy idiotów, którym wydaje się, że mogą zrobić, co chcą, bo – w ich odczuciu – działają w imię wyższego dobra, Boga, czy czegoś innego, co uroiło im się w głowach.

A już na pewno nie zgadzam się, żeby ta banda idiotów mówiła z pełnym przekonaniem, że prawdziwymi Polakami są ci, którzy bronią krzyża.

Nie przypominam sobie, żeby Polska była państwem wyznaniowym, a Polak osobą, która jest ślepo zapatrzona w religię. Patriotyzm ma tyle wspólnego z religią, co reprezentacja Polski w piłce nożnej z futbolem na światowym poziomie.

Cała ta sytuacja ma tylko jeden plus – społeczeństwo zaczyna przeglądać na oczy. Katolicy strzelają sobie samobója, pokazując jacy naprawdę są. Zwykło się mawiać, że muzułmanie są wariatami, fanatykami i chodzącym złem. W takim razie, wobec obecnej sytuacji, kim są katolicy? Co prawda jeszcze żadna osoba pilnująca krzyża się nie wysadziła w powietrze, ale już padły groźby, że w obronie krzyża są gotowi do przelania krwi.  Nieważne, czy swojej, czy czyjejś. To już jest fanatyzm w pełnym tego słowa znaczeniu.

Drodzy ultrakatolicy, „obrońcy krzyża”, idioci…

Jak kiedyś powiedział Jezus Chrystus – „oddajcie Bogu, co boskie a cesarzowi, co cesarskie. Miejsca krzyża jest w kościele, a nie pod Pałacem Prezydenckim.

Yet another Orion’s private blog! | Wielki comeback?

W przeddzień wyjazdu nie spodziewałem się, że coś ciekawego może się wydarzyć.  Jak zawsze, przeglądałem ulubione strony internetowe i po raz pierwszy od jakiegoś czasu postanowiłem wejść na swoje gadu. W tym momencie ze zdziwieniem zauważyłem, że Rafał postanowił powrócić do bloggowania. Od czasu usunięcia swojego prywatnego bloga niejednokrotnie miałem ochotę skomentować wydarzenia z życia codziennego, jednak IT-Blog się do tego nie nadawał, a Twitter, czy Blip to jednak nie to samo. I o to jestem! Po raz kolejny zresztą. Nie wiem na jak długo, ale wróciłem. Znając mój słomiany zapał niebawem mi się znudzi, więc nie mogę Wam obiecać częstych aktualizacji.

Postaram się pisać w miarę regularnie o tym, co dzieje się dookoła nas. Z pewnością nie zabraknie tutaj wpisów o polityce lub religii, czyli o tym, co jest dosyć kontrowersyjne i popycha do dyskusji. Pomimo że jutro wyjeżdżam, to jestem przekonany, że nawet będąc w górach znajdę trochę czasu wieczorami, żeby napisać coś ciekawego. Na pierwszy ogień pójdzie temat „wojny o krzyż”. W tym miejscu liczę na Rafała, który również planuje o tym napisać. Mam nadzieję, że uda nam się przedstawić trochę inne spojrzenia na tę kwestię, chociaż jestem przekonany, że ogromnych różnic nie znajdziecie, bo chyba nikt o zdrowych zmysłach nie zdecydowałby się (dla przykładu) pochwalać działania tych idio…ludzi.

Swoją zapowiedzią nadchodzącej notki kończę ten pierwszy wpis. Mam nadzieję, że i tym razem będę miał kilku wiernych (i sporą ilość przypadkowych) czytelników. Gorąco zachęcam do komentowania i oceniania wpisów. Chętni mogą także dodać mój blog do swoich czytników RSS.

Do zobaczenia!